Na początek chciałabym was bardzo przeprosić, że pojawiam się i znikam. Wszystko to jest spowodowane tym, że bardzo dużo się teraz u mnie dzieje. Czasami sama nie wiem gdzie się obrócić i w co wkładać ręce. Ostatnio doszłam do wniosku, że doba ma stanowczo za mało godzin, bo mi wciąż brakuje czasu na to by wszystko zrobić i każdego dnia dochodzi mi dokańczanie obowiązków z dnia poprzedniego, a do tego dochodzą te z dnia bieżącego.
Ale do rzeczy. Miałam opowiedzieć wam mój Spring Break post po poście. Spring Break, który już dawno odszedł w sferę miłych wspomnień. Czas, który został odłożony na półkę z przeszłością na rzecz wielu nowych podróży i wyzwań, które są przede mną.
Moim pierwszym miastem w trakcie ostatatniego większego wyjazdu był jak już wiecie z poprzedniego posta Palm Beach w stanie Floryda. Następny stop wcale nie był bardzo daleko od poprzedniego, bo było to malownicze Miami.
Miasto, które na pewno znajduje się na mojej liście "Top 5", w którym spełniłam kolejne ze swoich dziwnych marzeń.
Moim ulubionym zwierzęciem jest aligator, a jak wiadomo Floryda znana jest między innymi z zamieszkałych tam właśnie aligatorów. W związku z czym w drodze z Palm Beach do Miami zatrzymaliśmy się na tak zwanej "farmie" aligatorów, gdzie mieliśmy okazję pływać łódką po terenach gdzie na codzień moje piękności mieszkają. Po rejsie na bagnach miałam przyjemność trzymać małego, 3 letniego aligatorka w rękach. Nie jestem nawet w stanie opisać jak bardzo dużo szczęścia mi to sprawiło. Niby takie nic, a jednak dla mnie miało to ogromnie duże wrażenie i szczerze powiedziawszy z całego pobytu na Florydzie najmielej i najchętniej wspominam właśnie te kilka minut, kiedy maluszek był w moich rękach. Zaufajcie mi, serce mi pękało jak musiałam się z nim rozstać, ale to spotkanie tylko umocniło moje plany i marzenia o założeniu własnej fundacji dla aligatorów, która miałaby za zadanie opiekować się nimi i chronić przed myśliwymi, którzy co roku bardzo chętnie na te zwierzęta polują, co z racji mojej wielkiej miłości łamie mi serce.
Miami samo w sobie jest urzekające. Piękna pogoda, idealnie niebieskie niebo, wszędzie dookoła palmy i pełno ludzi. My mieszkaliśmy w South Beach, raptem 3-5 minut od plaży. Plaży, która swoją drogą była przepiękna. Z racji tego, że ja lubię odkrywać nowe miejca, nie w moim stylu jest wylegiwanie się na plaży, więc na tą przyjemność poświęciliśmy jeden dzień, gdzie i tak uważam, że poświęciliśmy wylegiwaniu się zbyt dużo czasu, co zresztą odbiło się na nas poparzeniami słonecznymi.
Jako, że jestem wielką fanką tatuaży jednym z najważniejszych do zobaczenia dla mnie miejsc było studio "Love Hate Tattoo" prowadzone przez mojego ulubionego tatuatora Ami'ego James'a. Studio jak i również tatuator są szerzej znani z programu "Miami Ink" - to dokładnie tam kręcono program i zarówno wtedy jak i obecnie właścicielem i najbardziej "porządanym" tatuatorem jest tam oczywiście Ami. Ami, którego miałam ogromne szczęście spotkać na miejscu, co czasami praktycznie graniczy z cudem, dlatego, że po pierwsze poza lokalizacją w Miami ma jeszcze kilka, o które również musi dbać, a po drugie z racji na swoją reputacje praktycznie cały czas zapraszany jest na konwencje tatuażu czy jako gość do innego studia na całym świecie.
Oczywiście będąc na Forydzie pojawił się w mojej głowie pomysł zrobienia kolejnego tatuażu i pod wpływem chwili i impulsu postanowiłam, że tak też się stanie, więc z Miami wróciłam z pamiątką na całe życie w postaci małego tatuażu na udzie.
Po powrocie z Miami jedyne co miałam w głowie to to, że czym prędzej muszę tam wrócić, bo to miasto hipnotyzuje i porywa ludzi swoją magią, myślę, że każdy kto bedzie miał okazję tam być podzieli moje zdanie. Nie mam nawet listy "Must See", dlatego, że uważam iż warto doświadczyć tego miasta w każdym calu, swoimi ścieżkami odnaleźć te, które lubimy najbardziej.
Twoją nieobecność Ci wybaczymy bo ze zdjęć wynika, że świetnie się bawiłaś w Miami.
OdpowiedzUsuńMasz szczescie, iż możesz podróżować i zobaczyć tyyyle miejsc na świecie ;)
Zdjęcie na plaży, urzekające.
Pozdrawiam
indiscrett.blogspot.com
A bardzo dziekuje!! :) a juz jutro nowy post o wizycie w Nowym Jorku :)
UsuńTen krokodyl za tobą to prawidziwy?? Wygląda jak chciałby ciebie zjeść
OdpowiedzUsuńTo aligator :p i nie, nie jest prawdziwy, a nie obrazilabym sie :D wiecej do tulenia
UsuńAle wspaniała wyprawa. Zdjęcia wspaniale oddają klimat tego miejsca. A tego krokodyla bym nie tknął matko...
OdpowiedzUsuńtutajjestem-lekkomyslny.blogspot.com
To nie krokodyl a aligator :)
UsuńI bardzo dziekuje!! :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń